Marka raz!

Pierwszy pojawia się pomysł – zróbmy coś! Otwieramy firmę, chcemy zawojować rynek przy pomocy zupełnie nowego produktu, mamy w głowie mechanizm działania innowacyjnej (a jakże) usługi. Jako że wiemy już trochę o życiu, studiowaliśmy lat kilka, sporo czytamy, zdajemy sobie sprawę, że konkurencja jest ogromna. Ba! Nie mamy możliwości aby być jak Pampers czy Electrolux – pierwszymi na rynku, zagarniając co lepszy kawałek tortu na wyłączność. Jest myśl – wyróżnij się albo zgiń. Z całych sił chwytamy się pierwszej z opcji. Zapraszamy rodzinę czy przyjaciół. W towarzystwie mniej lub bardziej wyskokowych napojów, wskakują nam do głowy rozmaite rozwiązania. Można na przykład połączyć dwie pierwsze litery imion żony oraz siostry, bo takie są cudnej urody, idealnie pasują do nazwania firmy odzieżowej. Kolega wpada na pomysł, że dodając w środku wyrazu „x” lub „y” nasza nazwa nabierze amerykańskiego sznytu. Taka będzie światowa, a my gotowi na ekspansję zagraniczną już teraz. Znajoma dodaje, że z zaprojektowaniem logo problemu nie będzie. Dajmy jej dwa dni, to coś nam skleci. Znajdzie szablon, tu przytnie, dam doda kolorów. Będziemy zadowoleni.

W podręcznikach akademickich znaleźć można wiele na temat brandingu. Dowiedzieć się możemy, że marka to nie tylko to, co widzimy, że tak naprawdę jest odbiciem działań firmy w umysłach klientów. Przykładem nad przykładami, który rozbrzmiewa prawie na każdym szkoleniu czy konferencji jest Apple. Tak – charyzmatyczny lider w postaci Steve’a Jobsa, prosty w obsłudze produkt, nieadekwatna do jakości cena… Rzesze wyznawców, traktujących produkty tej firmy niemalże jak relikwie. To takie proste!




Jak więc odnieść sukces gdy nie jesteśmy panem w czarnym golfie?
Zerkając na studium przypadku jednej czy drugiej firmy wydaje się, że kluczem do powodzenia jest konsekwencja. Jeżeli zależy nam na wykreowaniu mocnej marki, która wygodnie mości się w głowach konsumentów, musimy zadbać o spójność przekazu, który płynie od nas w kierunku klientów, jak i potencjalnych nabywców. Na co zwraca uwagę konsument przy pierwszym kontakcie z firmą, o której wcześniej nie słyszał? Na nazwę oraz identyfikację wizualną, która dla większości = logo. Dopiero później następuje etap weryfikacji, sprawdzenia informacji, zapytania znajomych, no i oczywiście research w Internecie. Fajnie, jeżeli wszystko współgra ze sobą i krok po kroku prowadzi osobę w naszym kierunku.

Sam proces związany z projektowaniem nazwy powinien być jednym z pierwszych elementów pracy nad nową firmą, produktem czy usługą. Zazwyczaj to właśnie to niepozorne słowo, ten nic nie znaczący neologizm determinuje dalsze działania. Rozpoczynając pracę nad konkretnym projektem zawsze wychodzę od ogółu do szczegółu. Korzystam ze skojarzeń, rozbierając słowo na czynniki pierwsze. Szukam powiązań i wartości, które klient chciałby przekazać. Prawdą jest jednak to, co we wspomnianych już podręcznikach można wyczytać. Marka rodzi się w głowie. Nie na papierze, nie w komputerze ani nawet na billboardzie. Nazwa, logo, opakowanie czy cena, są tylko atrybutami – powłoką zewnętrzną, pod którą powinna kryć się prawda. Jeżeli pomiędzy produktem czy usługą a tym, co pokazujemy zachodzi dysonans, na nic wszelkie zabiegi i starania. Klapa totalna. To, co na pierwszy rzut oka niewidoczne musi korespondować z tym, co pokazujemy światu.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...